Dwa zdania, przy świątecznym stole, o konającej „pandemii”
Dosłownie dwa i ani jednego więcej, tak wyglądała Wigilia w moim domu, której nie da się porównać ze śniadaniem wielkanocnym z kwietnia i nie dlatego, że o różne święta chodzi. W kwietniu zdecydowana większość polskich rodzin poddała się barbarzyńskiemu zakazowi spotykania się na Święta. W kościołach świeciły pustki, ludzie autentycznie się bali pomoru, nakręcanego paranoicznymi zdjęciami ze słynnej włoskiej miejscowości, tak zohydzonej, że nie wymienię jej nazwy. Przyznaje szczerze i bez bicia, że na Wielkanoc niemal non stop gadaliśmy o „pandemii”, żeby jakoś wzajemnie się z tego obłędu wyciągać. Na drugi dzień miała przyjechać rodzina od strony Szanownej Małżonki, ale oni pochodzą z Wielkopolski i tam policja pilnowała, jak za okupacji, każdego samochodu wyjeżdżającego poza granice miasta. Ostatecznie nie przyjechali.



















